Moja motywacja do regularnych ćwiczeń

joga

Wielkimi krokami zbliża się coś, co kobiece magazyny nazywają „sezonem bikini”. Lato, wakacyjne wyjazdy, a wraz z nimi presja, żeby być w doskonałej formie i perfekcyjnie wyglądać. Nie wiem, jak Wy, ale ja co roku łapię się na tym, że lato przyszło, a mi wciąż daleko do tej „wymarzonej wakacyjnej formy”. Mówię oczywiście o wyglądzie ciała – miałam mieć przecież zarysowane mięśnie na brzuchu i pośladki jak Jen Selter (no dobra, prawie). Tymczasem nic z tych rzeczy. Zupełnie nie wyglądam jak gwiazda fitness, za to ruszam się praktycznie codziennie, czuję się świetnie i naprawdę polubiłam swoje ciało. Dzisiaj chcę powiedzieć Wam, co jest dla mnie motywacją do regularnych ćwiczeń i dlaczego nie jest to wygląd 😉

Od kiedy pamiętam, nigdy nie ćwiczyłam po to, żeby dobrze wyglądać. Jako dziecko byłam po prostu nadpobudliwa, więc bieganie i włażenie po drzewach sprawiało mi frajdę. Później biegałam, bo lubiłam się zmęczyć, tańczyłam, bo była to świetna zabawa, zaczęłam ćwiczyć jogę dla poprawy elastyczności ciała i uspokojenia umysłu. Zimą wyjeżdżałam na snowboard, bo to uwielbiałam. Żadna z tych aktywności nie miała na celu poprawy sylwetki. Oczywiście, wraz z regularnym wysiłkiem fizycznym pojawiała się lepsza forma i większe zadowolenie z ciała, ale był to efekt uboczny, a nie cel sam w sobie.

Co ciekawe, zawsze, gdy próbowałam ustalić sobie jakiś plan ćwiczeń na konkretne partie ciała, na przykład, żeby mieć ten osławiony kaloryfer na brzuchu (albo chociaż jego zarys), mój zapał bardzo szybko słabł. Działo się tak nawet wtedy, kiedy widziałam pierwsze efekty. Poświęcanie czasu kilka razy w tygodniu tylko po to, żeby mieć 2cm mniej w udzie czy bardziej widoczne mięśnie brzucha nie wydawało mi się warte zachodu.

Po prostu wygląd nigdy nie był dla mnie wystarczającą motywacją do ćwiczeń.

Nie chcę tutaj generalizować – wiem, że są osoby, które przeszły prawdziwą metamorfozę i wyszły z otyłości (lub w drugą stronę – z anoreksji) i są z tego dumne. Nie ma w tym nic złego; ja sama takich ludzi bardzo podziwiam, bo wiem, ile trudu i energii kosztuje zmiana nawyków i całego stylu życia.

Dzisiaj mówię bardziej o tych z nas, które nie mają większych problemów z wagą, ale stykają się z presją posiadania idealnego ciała. Media każą nam wierzyć, że dążenie do perfekcyjnej figury powinno być naszym celem, bo tylko „idealne” ciało sprawi, że będziemy szczęśliwe. Jednak myślę, że w głębi duszy czujemy, że to wcale tak nie działa. Dlatego ćwiczenia dla samego modelowania ciała często nas nie przekonują i szybko rezygnujemy.

Ok, więc jaka jest moja motywacja do regularnych ćwiczeń? Co daje mi siłę do tego, żeby ruszać się praktycznie codziennie i czerpać z tego radość?

Po pierwsze, jestem zdrowa.

Taki niby oczywisty punkt, ale dla wielu z nas nie jest to wcale priorytet. Szczuplejsze czy bardziej umięśnione ciało – tak, ale zdrowie? To niezbyt modne. A jednak każdy, kto miał poważniejsze problemy ze zdrowiem (albo ma bliską osobę z takimi problemami) wie, że to najcenniejsza rzecz w życiu i jednocześnie największy luksus. Tak, dobrze czytacie. Naprawdę żadne pieniądze ani osiągnięcia nie będą nas cieszyć, jeśli będzie nas wszystko bolało albo będziemy unieruchomieni. Prawdziwy luksus w życiu to zdrowe i sprawne ciało, które nie ogranicza nas w żaden sposób, pozwala działać, rozwijać się i realizować marzenia. Tak właśnie podchodzę do regularnego wysiłku fizycznego. Ma pozwolić mi utrzymać ciało w świetnej formie do późnej starości, żebym mogła cieszyć się życiem w pełni.

Po drugie, czuję się świetnie.

Ten punkt w dużej mierze wynika z poprzedniego. Wszyscy znają powiedzenie „w zdrowym ciele, zdrowy duch” – jest w nim dużo prawdy. Chodzi nie tylko o zastrzyk energii, który pojawia się po treningu w wyniku przyspieszonego krążenia. Regularne ćwiczenia mają też zbawienne działanie na psychikę, dlatego często są zalecane jako uzupełnienie terapii osób z depresją. Dotyczy to zwłaszcza jogi, która jest moją ulubioną formą aktywności – o jej zaletach mogę mówić godzinami. Poza tym, chodzi też o zadowolenie, które wypływa ze zrobienia czegoś dobrego dla siebie. Ja doświadczam tego często po ćwiczeniach/praktyce – poprawia mi się nastrój i czuję się o wiele lepiej, niż przed ćwiczeniami.

Po trzecie, moje ciało jest sprawniejsze, silniejsze i zdolne do rzeczy, których wcześniej nie potrafiło.

Żadne zmiany w wyglądzie ciała nigdy nie wywołały na mojej twarzy uśmiechu w takim stopniu, jak poczucie, że mogę więcej. Że jestem silniejsza i 10 rund z wodą na drugie piętro nie stanowi dla mnie problemu. Że robię kilka pompek, podczas gdy kilka miesięcy temu, przy próbie zrobienia jednej trzęsły mi się ręce. Że robię szpagat i mostek ze stania. Nie ważne, że obiektywnie są to małe rzeczy – dla mnie są wielkie, bo są dowodem na to, że moje ciało jest coraz sprawniejsze i rosną jego możliwości. Fajnie jest doświadczać tego w każdym wieku. Kiedyś myślałam, że szkoda, że jako dziecko nie chodziłam na akrobatykę, bo zawsze chciałam zrobić gwiazdę czy salto. Zamiast nad tym rozmyślać, razem z przyjaciółką poszłyśmy na gimnastykę dla dorosłych i z każdymi zajęciami mamy coraz więcej frajdy z tego, ile nowych rzeczy się uczymy. To niekończący się rozwój!

Jeśli należycie do osób, które nie potrafią zmusić się do wylewania siódmych potów na siłowni tylko po to, żeby upodobnić się do jakichś modelek czy celebrytek, to doskonale Was rozumiem. Mam nadzieję, że ten wpis zainspiruje Was do spojrzenia na sport i aktywność z trochę innej strony i że tak, jak ja, przepadniecie bez reszty. Tego Wam z całego serca życzę!

Może Cię też zainteresować

1 komentarz

Napisz komentarz